Kategorie: Wszystkie | Bliski Wschód | Cypr | Historia | Kultura | Turcja
RSS
poniedziałek, 16 listopada 2009
Dramat w dwóch odsłonach- walka o tureckie media.

Chociaż już od kilku lat krytykuje się Turcję za spowolnienie niezbędnych reform wewnętrznych, wciąż niewielu zauważa przemianę rządzącej partii AKP z siły demokratycznej i liberalnej w ugrupowanie, które w celu wzmocnienia swojej pozycji wykorzystuje niskie standardy nieliberalnej tureckiej demokracji. Wiele z kroków podejmowanych przez rząd w ciągu ostatnich dwóch lat wzbudza spore kontrowersje- obok niejasnej sprawy Ergenekon, coraz głośniej jest o tureckim sektorze medialnym, którego niezależność w obliczu decyzji rządowych agencji wydaje się być w coraz większym stopniu zagrożona.

Bliskie związki świata polityki i biznesu nie są domeną wyłącznie turecką- na całym świecie wpływowi przedsiębiorcy szukają cennych znajomości wśród rządzących, chcąc zapewnić sobie ich przychylność przy podejmowaniu kluczowych dla swoich interesów decyzji. Nie inaczej jest w Turcji, gdzie o tradycja towarzyskich więzi łączących elity polityczne i ekonomiczne sięga początków okresu republikańskiego. Gdy na gruzach Imperium Osmańskiego nacjonalistyczne władze zapragnęły ograniczyć pozycję dominujących w tureckim handlu przedstawicieli mniejszości niemuzułmańskich, niemal od podstaw stworzyły narodową burżuazję- w pełni uzależnioną od władz, związaną z nimi poczuciem nie tylko wspólnych interesów, ale też laickiej ideologii. Chociaż kolejne fale liberalizacji tureckiej gospodarki przyniosły silnie związanej z państwem burżuazji nowych konkurentów, jej dominująca pozycja zachowana została do końca lat 90-tych.

W niczym od pozostałych sektorów gospodarki nie różniły się tureckie media. Kontrolowane przez najpotężniejszych przedsiębiorców tytuły prasowe miały w zwyczaju zmieniać swoją linię redakcyjną w zależności od relacji łączących właścicieli z czołowymi siłami politycznymi w kraju - tym bardziej, że spółki medialne stanowiły zazwyczaj tylko niewielką część wielkich rodzinnych holdingów, operujących w przeróżnych sektorach- od paliwowego po tekstylny. W momencie rywalizacji o państwowe przetargi troska o niezależność dziennikarską zwykle schodziła na dalszy plan...

Gdy w 2002 roku do władzy doszła nowa, niezwiązana z miejską burżuazją siła polityczna, tradycyjne media zachowywały wobec niej postawę dość przychylną. Nie jest łatwo ocenić, na ile wynikało to z chęci nawiązania przez właścicieli bliskich relacji z nową ekipą, a na ile z autentycznego poparcia redakcji dla liberalnych reform, których dokonywała AKP w czasie swojej pierwszej kadencji. Faktem jest, że pomimo rosnącej w silę pozycji tytułów konserwatywnych, często powiązanych z religijnym ruchem Gülena, media tradycyjne zdołały utrzymać dominującą pozycję na rynku i w momencie narastającego napięcia przed wyborami prezydenckimi w 2007 roku, przystąpić do otwartej krytyki rządu. Jak się miało wkrótce okazać, zwycięstwo wyborcze AKP i odsunięcie z Pałacu Prezydenckiego „laickiego hamulcowego” stanowić miały punkt zwrotny w relacjach rządu z tradycyjnymi mediami.

Okazja do pierwszej ingerencji na rynku medialnym pojawiła się niemal natychmiast po letnim zwycięstwie Erdoğana. Jeszcze przed wyborami, wiosną 2007 roku, w zaskakujących okolicznościach na światło dzienne wyszły poważne nieprawidłowości przy sprzedaży (dwa lata wcześniej) kontrolującej 20% tureckiego rynku reklamowego, drugiej co do wielkości grupy medialnej w kraju: ATV-Sabah. Poprzedni, po uszy zadłużeni współwłaściciele czołowej stacji telewizyjnej ATV i największego dziennika Sabah nielegalnie zataili przed organami kontrolnymi tajne protokoły dotyczące podziału udziałów w spółce, w rezultacie tracąc je na rzecz TMSF – rządowego funduszu ubezpieczającego depozyty. O ile samo przejęcie grupy medialnej nie wzbudziło w tym gorącym okresie większych kontrowersji, o tyle jej sprzedaż kilka miesięcy później sprowadziła na rząd falę krytyki.

Przepisy prawne ograniczające do 25% maksymalną wysokość udziałów zagranicznych inwestorów w spółkach medialnych sprawiły, że główny ciężar sfinansowania transakcji spaść musiał na przedsiębiorców tureckich. Potencjalnych oferentów odstraszyła wysoka minimalna cena - 1.1mld$ i w grudniu 2007 roku na polu walki pozostała tylko jedna firma. Blisko związana z rządzącą AKP, należąca do nowej anatolijskiej burżuazji Çalık Grup zasłynęła dotąd bliskimi związkami z turkmeńskim dyktatorem Turkmenbaszą oraz mianowaniem na stanowisko dyrektora generalnego zaledwie 26-letniego Berata Albayraka -prywatnie... zięcia premiera Erdoğana. Pomimo, że TMSF w przeszłości nie decydował się finalizować sprzedaży w sytuacji zgłoszenia się zaledwie jednego oferenta, tym razem od tej praktyki odstąpił.

Następne miesiące przynieść miały narastające wątpliwości co do zdolności oferenta wywiązania się z zawartej z TMSF umowy. Gdy w kwietniu 2008 roku, zaledwie 3 dni przed upłynięciem ostatecznego terminu, Çalık Grup sfinalizował wartą 1.1mld$ umowę okazało się, że sfinansował ją dzięki 750mln$ kredytu uzyskanego w dwóch państwowych bankach- Halkbanku i Vakıfbanku. Krytycy od razu zwrócili uwagę na fakt, że dotąd w historii tych instytucji nigdy nie przyznano tak wysokich kredytów uznając, że były one wyłącznie efektem presji ze strony rządu a nie opartej na rachunku ekonomicznym racjonalnej decyzji. Wątpliwości wokół transakcji w jeszcze większym stopniu dotyczyły drugiego źródła, dzięki któremu Çalık Grup sfinansowała transakcję- nieznanej początkowo katarskiej Al Wasaeel International Media Company, która okazała się być spółką zależną rządowej (i znanej nam z afery stoczniowej) Qatar Investment Authority. Opozycja oskarżyła więc Erdoğana o wspieranie koncernu zięcia w jego poszukiwaniach partnerów zagranicznych w czasie swoich licznych wizyt nad Zatoką Perską.

Jak często w tureckiej polityce, brak konkretów umożliwiających rozwiązanie sporu na drodze sądowej nie przeszkadza odczuwać, że nie wszystko przy sprzedaży grupy ATV-Sabah przebiegało prawidłowo. Powiązania towarzyskie i rodzinne, udzielone w ostatniej chwili kredyty i zaangażowanie instytucji kierowanej przez katarskiego premiera pozostawić mogłyby jedynie niesmak. Stało się jednak inaczej- grupę ATV-Sabah, wedlug tureckiej tradycji, potraktowano jak przysłowiowy polityczny lup- usuwając najbardziej krytycznych wobec rządu publicystów i zmieniając w ten sposób linię redakcyjną na prawicową- umiarkowanie prorządową.

Po zneutralizowaniu ATV-Sabah, do konfrontacji z rządem stanął największy potentat na tureckim rynku medialnym, Aydın Doğan. Ten kontrolujący 40% tureckiego rynku reklamowego właściciel popularnych kanałów telewizyjnych (Kanal D, CNNTürk), 2 z 3 najbardziej poczytnych gazet (Hürriyet , Posta) oraz szeregu mniej popularnych lecz niezwykle prestiżowych tytułów (Milliyet, Radikal, Referans) do grona otwartych krytyków AKP dołączył stosunkowo późno, bo dopiero w gorącym 2007 roku. W przeszłości flirtujący z różnymi ekipami rządzącymi, oskarżany o traktowanie ewentualnego odsunięcia od obowiązków swoich najbardziej krytycznych dziennikarzy jako karty przetargowej w negocjacjach z politykami oligarcha nie najlepiej nadaje się do roli obrońcy wolności słowa i niezależności rynku medialnego od nacisków politycznych. Okoliczności sprawiły jednak, że w takiej roli się znalazł- coraz bardziej odsunięty od wewnętrznego kręgu biznesmenów zaprzyjaźnionych z rządem, zdecydował się odważnie zaatakować politykę rządu. Przeliczył się - zaledwie dwa lata po zmianie frontu jego medialne imperium znajduje się o krok od całkowitego upadku.

Napięcie na linii Doğan- Erdoğan, choć sięga wyborów w 2007 roku, nasiliło się latem i jesienią 2008 roku, gdy media kontrolowane przez oligarchę najpierw wydawały się popierać zamknięcie AKP przez Trybunał Konstytucyjny, a następnie jako pierwsze w Turcji opisały aferę korupcyjną powiązanej z rządzącą partią fundacji Deniz Feneri, oskarżonej w Niemczech o zdefraudowanie 18mln euro. W odpowiedzi na te publikacje Erdoğan w niewybredny sposób zaatakował opozycyjne media, nawołując swoich wyborców do ich bojkotowania, porównując Doğana do Ala Capone, czy grożąc – we wrześniu 2008 roku- jego przedsiębiorstwom, że “ci, którzy rzucają korupcyjnym błotem w AKP, w tym błocie sami utoną”. Agresywne wystąpienia premiera spotkały się z ostrożną krytyką nawet ze strony niektórych sympatyzujących z nim dziennikarzy. Jak się wkrótce miało okazać, w podporządkowanym Ministerstwu Finansów urzędzie skarbowym trwało już dochodzenie w sprawie nieprawidłowości, których Doğan Holding miał dopuścić się w okresie 2005-2007.

Pierwszą karę urząd skarbowy nałożył 17 lutego 2008r., uznając holding winnym naruszenia przepisów ograniczających do 25% udziały zagranicznych inwestorów w tureckich spółkach medialnych. Sprawa dotyczy zawartej w 2006 roku umowy z koncernem Axel Springer, który uzyskać miał 25% udziałów w Doğan Yayın. Zdaniem Ministerstwa Finansów i regulatora rynku elektronicznego RTÜK, w rzeczywistości udziały zagranicznego partnera wyniosły 32.5%, złamano też szereg innych przepisów ograniczających prawa zagranicznych inwestorów do udziałów w stacjach telewizyjnych i radiowych. Pierwsza, nałożona w lutym kara wyniosła 490mln$. Wysokość tej sumy, mało przejrzyste jej wytłumaczenie i okoliczności, w których podjęto decyzję o jej nałożeniu sprawiały wrażenie, że wbrew zapewnieniom premiera, sprawa w znacznym stopniu miała charakter odwetu na przeciwniku politycznym a nie rutynowej kontroli skarbowej, jak twierdził Erodğan.

Pierwsza kara okazała się dopiero początkiem problemów oligarchy. Intensywna kontrola finansów holdingu we wrześniu przyniosła dwie decyzje bez precedensu w historii tureckiej władzy skarbowej –karę w wysokości 2.5mld$, podwyższoną dwa tygodnie później do 3.3mld$, sumy wyższej niż wartość rynkowa całego należącego do oligarchy holdingu (która w ciągu ostatniego roku i tak już spadla o 1mld$). Znowu niezwykle skomplikowane uzasadnienie kary, co do którego oceny trwają spory wśród specjalistów od tureckiego prawa podatkowego, nie pozwala laikom na obiektywną ocenę samego faktu jej nałożenia. Jej wysokość jednak- najwyższa w historii Turcji- i skutek, jaki prawdopodobnie przyniesie- bankructwo firmy i przejęcie jej przez państwowy fundusz TMSF, przynoszą na myśl wydarzenia wokół grupy ATV-Sabah. Niektórym, choćby wielu opozycyjnym dziennikarzom, praktyki stosowane w putinowskiej Rosji.

Wrześniowe decyzje władzy skarbowej wprowadziły w popłoch turecką elitę biznesu. Szefowa TÜSİAD, największego zrzeszenia przedsiębiorców zaapelowała o konieczną reformę kontroli skarbowej i wzmocnienie jej niezależności od nacisków politycznych. Rząd jej krytykę uznał za nieobiektywną- Arzuhan Yalçındağ to bowiem (jaki ten świat jest mały) córka zagrożonego bankructwem krezusa i żona dyrektora generalnego jego holdingu. Oskarżenia o zbyt ścisłe podporządkowanie aparatu skarbowego rządowi pojawiały się już jednak od dawna i pochodziły nie tylko z kręgu rozgoryczonych, bo odsuniętych od rządowych zamówień starych elit biznesu. Opinie takie pojawiały się także wśród zagranicznych inwestorów oraz międzynarodowych instytucji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym na czele. Jeśli dodamy do tego powtarzające się oskarżenia TMSF o uleganie presji ze strony polityków przy zajmowaniu niewypłacalnych przedsiębiorstw oraz zależność wymiaru sprawiedliwości od nacisków zewnętrznych, ukaże nam się obraz kraju, w którym politycy dysponują narzędziami umożliwiającymi decydowanie o przetrwaniu lub upadku prywatnych przedsiębiorstw a to, czy z nich skorzystają zależy jedynie od ich dobrej woli. Wydaje się, że po wyborach w 2007 roku tej dobrej woli powoli zaczynać brakować...

Dalszy przebieg afery wokół finansów Doğana jest kluczowy nie tylko dla przyszłości tureckiej gospodarki, lecz przede wszystkim wolnych od nacisków politycznych mediów. Trzeba przyznać, że rządy AKP przyniosły, pomimo werbalnych ataków premiera na opozycyjnych dziennikarzy i wciąż obowiązujących przepisów ograniczających wolność słowa, okres najbardziej swobodnej dyskusji publicznej w nowoczesnej historii kraju. Prawdopodobnie nigdy dotąd nie toczyły się w mediach nieskrępowane debaty poruszające tematy tabu- jak masakry na Ormianach, dyskryminację mniejszości kurdyjskiej, autorytarny charakter kemalizmu czy rolę wojska w systemie politycznym. Lektura prasy powiązanej z rządem (w tym anglojęzycznego Today’s Zaman) udowadnia jednak, że stare tabu zastępowane jest przez tabu nowe. Media prawicowe koncentrując się na zwalczaniu wpływów wojska i “głębokiego państwa” zupełnie ignorują autorytarne tendencje obecnej ekipy, unikają obiektywnej oceny argumentów strony przeciwnej, ograniczając się do prezentowania poglądów obecnej władzy w sposób przypominający reżimowe media okresu “demokracji socjalistycznej”.

Nauczka wyniesiona ze sprzedaży grupy ATV-Sabah sprawia, że nie bezzasadne wydają się obawy o celowe doprowadzenie do bankructwa koncernu Doğana tak, by należące do niego media dostały się w ręce powiązanych z AKP przedsiębiorców. Pomimo powtarzających się zapewnień, rząd nie przedstawił dotąd reformy przepisów podwyższającej do 50% maksymalne udziały w spółkach medialnych dostępne dla inwestorów zagranicznych. Zawęża do niesłychanie liczbę potencjalnych oferentów z których część – zwłaszcza tych należących do tradycyjnej elity biznesu- zrezygnuje słusznie uważając, że angażowanie się w rynek medialny może nie tylko zaszkodzić ich pozostałym interesom, ale wręcz doprowadzić je do bankructwa tak, jak medialna część holdingu Doğana pociągnęła za sobą na dno również jego dochodowe paliwowe spółki.

Negocjacje Doğana z Ministerstwem Finansów mogą jeszcze przynieść ugodę- jak spekulują media- za cenę rezygnacji z części należących do niego tytułów (podobno może zachować tylko dziennik Hürriyet) i/lub odsunięcia od obowiązków najbardziej niechętnych rządowi dziennikarzy. W każdym wypadku tocząca się od dwóch lat batalia o tureckie media przypomina bardziej standardy panujące w Rosji, niż europejskich liberalnych demokracjach. Wbrew panującym na Zachodzie stereotypom udowadnia, że zagrożeniem dla wolności słowa przestają być osłabione w ostatnim czasie autorytarne elity laickie, a zaczyna siła uważane dotąd za reformistyczną – ekipa premiera Erdoğana. Najwyższy więc czas, by europejskie elity nieco bardziej krytycznie spojrzały na swojego negocjacyjnego partnera.

środa, 21 października 2009
Wielki powrót- Turcja na Bliskim Wschodzie I

Wydarzenia ostatnich dni- medialny konflikt z Izraelem oraz międzyrządowe konferencje z Syrią i Irakiem- ponownie zwróciły uwagę na zauważalną od kilku lat radykalną zmianę bliskowschodniej polityki Turcji. Konserwatywny rząd Tayyipa Erdoğana z każdą kolejną decyzją lamie obowiązujące od dziesięcioleci tabu, z różnych powodów nienaruszone przez poprzednie tureckie gabinety.

Po kilkudziesięciu latach przerwy, spowodowanej przemianami wewnętrznymi, wymogami Zimnej Wojny i rebelią kurdyjską, Ankara dysponuje wreszcie możliwością prowadzenia niezależnej i aktywnej polityki bliskowschodniej bez konieczności ciągłego dostosowywania jej do oczekiwań potężnego protektora zza oceanu. Dysponuje również elitami politycznymi, które Bliski Wschód traktują priorytetowo i nie obawiają się szerszego zaangażowania w regionalne konflikty widząc w nich okazję do wzmocnienia swojej międzynarodowej pozycji. Wbrew opiniom wyrażanym w prawicowych kręgach Izraela czy USA, w większym stopniu wynika to z naturalnego dostosowania się do zmian zachodzących w sąsiedztwie Turcji, niż ideologicznych wyborów konserwatywnych przywódców tego kraju.

Okres zupełnej nieobecności Turcji na Bliskim Wschodzie przypada na lata rządów jednopartyjnych, gdy elita kemalistowska skoncentrowała niemal całą swoją uwagę na przemianach wewnętrznych, prowadząc izolacjonistyczną politykę zagraniczną chroniącą słabą turecką państwowość przed ponownym zaangażowaniem się w międzynarodowe konflikty. W okresie tym nie opracowano założeń polityki bliskowschodniej, skądinąd słusznie zakładając, że wszelkie decyzje dotyczące regionu i tak zapadają w Londynie i Paryżu. Mocarstwa europejskie kontrolowały bowiem- bezpośrednio lub pośrednio- sytuację we wszystkich krajach regionu. Uwaga Turcji skoncentrowała się jedynie na ostatecznym uregulowaniu południowej i wschodniej granicy, co nastąpiło już po śmierci Atatürka, w 1939 roku.

Druga polowa lat 40-tych przyniosła pierwsze poważne zmiany. Wymuszona przez Amerykanów demokratyzacja dopuściła do władzy siły konserwatywne, bardziej skłonne do ponownego zaangażowania się w sprawy od lat zaniedbywanego przez kemalistów regionu. Powstanie niezależnych od Zachodu państw arabskich wymusiło z kolei nawiązanie relacji z ich elitami politycznymi, które odtąd samodzielnie podejmowały decyzje mające wpływ na bezpośrednie sąsiedztwo Turcji. Realia Zimnej Wojny zmusiły jednak Ankarę do wyraźnego podporządkowania jej polityki bliskowschodniej rywalizacji z blokiem wschodnim, skłaniając Turcję do przyjęcia na siebie roli jednego z głównych amerykańskich sojuszników w regionie. To presja ze strony Waszyngtonu i obawa przed wzmocnieniem wpływów radzieckich skłoniły Turcję do takich kroków jak uznanie Izraela, wsparcie amerykańskiej operacji w Libanie czy zawiązanie Paktu Bagdadzkiego i CENTO. Chociaż już od lat 60-tych (konflikt cypryjski) drogi Ankary i Waszyngtonu zaczęły się rozchodzić, to możliwość wyraźnego zaakcentowania swojego odrębnego stanowiska pozostawała ograniczona koniecznością szukania porozumienia z najpotężniejszym NATO-wskim sojusznikiem.

Początek lat 90-tych obok zlikwidowania niebezpieczeństwa radzieckiego przyniósł regularną rebelię kurdyjską i związane z tym zaostrzenie stosunków z niemal wszystkimi sąsiadami Turcji. Rozpad ZSRR z wielu powodów nie doprowadził do nawiązania poprawnych stosunków z Rosją, co skłonić musiało Ankarę do zachowania wzmocnionych więzów z dotychczasowym, amerykańskim sojusznikiem. Wsparcie, jakiego Syria udzielała kurdyjskiej partyzantce PKK oraz pretensje Damaszku wobec tureckiego okręgu Hatay uczyniły z reżimu Assada najważniejszego przeciwnika walczącej o zachowanie jedności kraju elity politycznej i wojskowej Turcji. Seria zamachów na irańskich uchodźców i liberalnych tureckich intelektualistów, za które w powszechnym przekonaniu odpowiadały służby specjalne Iranu, jak również powtarzające się oskarżenia o finansowanie przez Teheran kurdyjskiej peszmergi zaogniły relacje ze wschodnim sąsiadem. Jeśli dodamy do tego popsute przez operację Pustynna Burza stosunki z Irakiem, zaostrzający się konflikt o Morze Egejskie z Grecją i nadgraniczną zimną wojnę z Armenią, to w pełni oddamy izolację, w jakiej znalazła się w tym czasie i tak już osłabiona wojną domową Turcja. Naturalnym sojusznikiem dla Ankary, obok Stanów Zjednoczonych, był Izrael tym bardziej, że wraz z rozpoczęciem bliskowschodniego procesu pokojowego udało się poprawić wizerunek państwa żydowskiego w tureckim społeczeństwie i bliska współpraca z Tel Awiwem przestała być dla polityków powodem do wstydu.

Na przełomie dekad w bezpośrednim sąsiedztwie Turcji doszło jednak do zmian na tyle poważnych, że zachowanie układów politycznych z lat 90-tych przestało być możliwe. Zmiany przywódców w Atenach, Moskwie i Teheranie szybko zakończyły utrzymujący się w ich relacjach z Turcją stan nieufności i w ciągu zaledwie kilku lat uczyniły z tych państw poważnych partnerów politycznych, handlowych oraz- co nie mniej ważne- dostawców surowców energetycznych. Radykalna zmiana polityki Damaszku poprzez zaprzestanie wspierania PKK i odstąpienie od pretensji wobec Hatayu usunęły wszelkie powody powstrzymujące Turcję od pełnej normalizacji stosunków z Syrią. Zakończenie poważniejszych walk z kurdyjską partyzantką uwolniło Turcję od ograniczającego jej aktywność zagrożenia dla jedności i stabilności wewnętrznej kraju. Fakt, że partyzantkę zduszono dzięki podjęciu współpracy z Iranem i Syrią wzmocniło w Ankarze przekonanie o potrzebie priorytetowego traktowania relacji z tymi sąsiadami. Wreszcie usunięcie przez Amerykanów reżimu Saddama stworzyło szansę na odbudowę stosunków z Bagdadem i stworzenie wspólnego turecko- arabsko- irańskiego stanowiska wobec niepodległościowych aspiracji irackich Kurdów.

To właśnie te przemiany - zakończenie stanu izolacji na arenie regionalnej i poprawa stanu bezpieczeństwa wewnętrznego, połączone z gospodarczym wzmocnieniem Turcji dzięki rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską, przyczyniły się do relatywnego spadku atrakcyjności bliskiej współpracy z Izraelem i USA. Po raz pierwszy od rozpoczęcia Zimnej Wojny, Turcy nie czują potrzeby bezwzględnego wiązania się ze stanowiskiem amerykańskiego sojusznika, uwalniając swoją politykę bliskowschodnią z narzucanych przez Waszyngton więzów i korzystając z możliwości kształtowania wielokierunkowej i niezależnej polityki zagranicznej. Z punktu widzenia Zachodu zmiana ta nie wydaje się być specjalnie korzystna.

Okazuje się bowiem, że interesy nowej Turcji często są trudne do pogodzenia z interesami jej dotychczasowych sojuszników. Jak już wspomniałem, za najbardziej priorytetowe powszechnie uznaje się w Ankarze nawiązanie współpracy politycznej z „bliską zagranicą”- Syrią, Irakiem i Iranem. Z tą grupą państw łączy Turcję naturalna potrzeba powstrzymywania niepodległościowych aspiracji Kurdów, które dla każdego z tych krajów stanowią poważne zagrożenie dla stabilności wewnętrznej. Drugim, nie mniej istotnym polem współpracy pozostają kwestie energetyczne. Turcji zależy nie tylko na szerszym wykorzystaniu istniejącego na jej terytorium rurociągu Kirkuk- Yumurtalık do eksportu irackiej ropy, lecz także połączeniu tureckiej sieci z gazociągami transportującymi surowiec z Egiptu (przez Syrię), Iraku i Iranu. Uczynienie z Turcji „korytarza energetycznego” należy do najważniejszych przedsięwzięć, dla których poparcie wyrażają zgodnie elity konserwatywne i kemalistowskie Turcji. Wreszcie wzrastające powiązania handlowe, wielokrotnie wyższe niż z pozostałymi krajami regionu, czynią z państw „bliskiej zagranicy” najbardziej pożądanych, naturalnych (a więc niezależnych od wewnętrznych układów politycznych) partnerów Turcji.

Równolegle z wzmacnianiem więzów z Iranem czy Syrią, Turcji zależy na poprawnych stosunkach z konkurencyjnym wobec nich obozem arabskich państw sunnickich. Państwa naftowe znad Zatoki Perskiej uważane są za naturalne i pożądane źródło inwestycji zagranicznych w dobie dramatycznego spadku zainteresowania Turcją ze strony inwestorów zachodnich. Za wielką szansę uważa się nawiązanie współpracy militarnej (ostatnio- umowa z Kuwejtem), które stałyby się podstawą do wzmocnienia relacji politycznych i bardziej wyraźnego zaznaczenia interesów Turcji w regionie Zatoki Perskiej. Chociaż nie rozważa się obecnie możliwości choćby symbolicznej obecności tureckiej armii w regionie, to ewentualność taka jest z pewnością przez wojskowych i polityków w dłuższej perspektywie brana pod uwagę. Co najważniejsze jednak- relacje z „blokiem sunnickim” mają pomóc ograniczyć nadmierny wzrost wpływów irańskich, ustawiając z czasem Turcję w roli konkurencyjnego wobec Teheranu ośrodka regionalnego.

Obawa przed nadmiernym wzmocnieniem Iranu nie oznacza jednak, że Turcja widzi pole do szerszej współpracy z Izraelem czy Stanami Zjednoczonymi w powstrzymywaniu jego programu nuklearnego. Dostrzegając bowiem negatywne skutki zdobycia przez Teheran broni jądrowej, tureckie elity wydają się ze zmianą regionalnego status quo pogodzone i ewentualny atak na irańskie instalacje uznają za zbyt ryzykowny, by mógł zostać uznany za pożądany. Turcja widzi też w nuklearnym Iranie szanse, które w dłuższym okresie mogą jej przynieść wymierne korzyści. Po pierwsze- Ankara z chęcią powita koniec ery izraelskiej dominacji w regionie i początek układu wielobiegunowego, który stworzy Turcji szersze możliwości działania przez umiejętne „balansowanie” między konkurencyjnymi blokami. Po drugie- zdobycie przez Teheran broni jądrowej przyspieszy perspektywę włączenia się Iranu do projektu Nabucco, dzięki czemu jego realizacja nie będzie już pozostawać jedynie w sferze nierealistycznych planów. Po trzecie- dzięki obecności amerykańskiej broni nuklearnej na swoim terytorium, Turcja pozostanie poza zasięgiem izraelskich czy irańskich głowic W tym czasie stopniowo będzie mogła rozwijać cywilne technologie jądrowe i przy zgodzie Waszyngtonu uzyskać dostęp do własnej broni nuklearnej dołączając w ten sposób do klubu regionalnych rozgrywających.

Interesy Turcji i Izraela niekoniecznie pokrywają się również w samym Lewancie. Wzrost znaczenia Syrii i Hezbollahu w Libanie w żadnym stopniu nie godzi w bardzo ograniczone tureckie interesy w tym kraju. Konflikt interesów wyraźnie widać w odniesieniu do terytoriów palestyńskich- Turcji zależy na przyspieszeniu bliskowschodniego procesu pokojowego i stworzeniu niepodległego państwa palestyńskiego. Turcji nie zagraża również Hamas czy inne palestyńskie organizacje ekstremistyczne- kolejny dowód na rozchodzenie się interesów dotychczasowych sojuszników.

Zdaniem większości komentatorów, polityków czy dyplomatów, Turcja nie powinna wiązać się z jedną tylko grupą państw w regionie. O jej sile na Bliskim Wschodzie świadczyć mają bowiem poprawne stosunki z wszystkimi wpływowymi graczami, poszerzające jej pole do działania i zabezpieczające przed odwetowym sięgnięciem przez potencjalnego przeciwnika po kartę kurdyjską, ekonomiczną czy energetyczną. O ile bowiem interesy Turcji naturalnie wiążą ją z „bliską zagranicą” i „osią sunnicką”, to współpraca ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem ma w regionalnych stolicach wzmacniać wizerunek gracza asertywnego i posiadającego wpływowych sojuszników, który w dowolnym momencie może wykorzystać swoje więzy ze światem zachodnim do odpowiedzi na niekorzystne dla niego posunięcia sąsiadów. Trudno przy okazji nie wspomnieć o dostępie do izraelskich technologii wojskowych czy amerykańskiej broni nuklearnej rozmieszczonej w Turcji jako czynnikach wzmacniających pozycję Ankary w oczach świata arabskiego i Iranu.

Wielki powrót- Turcja na Bliskim Wschodzie II

Chociaż wyżej wymienione zmiany w tureckim postrzeganiu Bliskiego Wschodu cieszą się niemal uniwersalnym poparciem wśród najpoważniejszych sil politycznych kraju, to nie można nie zauważyć szczególnej roli, jaką odgrywa w nich obecna partia rządząca. Ideologia, z której wywodzą się czołowi politycy AKP – islamizm „po turecku” – w znacznym stopniu wpłynęła bowiem na decyzje podejmowane przez nich w ostatnich latach. Przywódcy partii od dominujących dotąd elit odróżniają się głęboką religijnością, niechęcią wobec zachodnich wpływów na muzułmańską moralność, szacunkiem wobec dziedzictwa Imperium Osmańskiego i pewną, starannie maskowaną, rezerwą wobec przemian ery jednopartyjnego kemalizmu. W ich spojrzeniu na świat, narzucony odgórnie proces europeizacji stoi w sprzeczności z „naturalnym porządkiem”- tj. więzami z narodami Bliskiego Wschodu, opierającymi się na wspólnej religii, kulturze i mentalności. W Turcji chcą widzieć kraj nie stojący z boku i z wyższością spoglądający na „barbarzyńskich” arabskich sąsiadów, lecz państwo będące integralną częścią regionu, silnie zaangażowane w jego problemy.

Nie bez znaczenia pozostają również czynniki osobiste- fakt, że czołówka rządząca lepiej radzi sobie z arabskim niż językami zachodnimi, w przeszłości pracowała na Bliskim Wschodzie (prezydent Gül) czy zajmowała się nim na polu akademickim (minister Davutoğlu). Przywódcom Turcji znacznie łatwiej też znaleźć wspólny język z religijnymi liderami państw arabskich, niż politykami europejskimi czy środkowoazjatyckimi. Więzy emocjonalne z południowymi sąsiadami, wspólna mentalność wraz z odmiennym spojrzeniem na miejsce Turcji w regionie nadało reorientacji jej polityki zagranicznej rozpędu. Region ten właśnie dzięki AKP został uznany za priorytetowy z punktu widzenia interesów narodowych, lecz nic nie wskazuje na to, by z nowym, bardziej laickim i nacjonalistycznym obozem rządzącym, miało się to zmienić.

Odmienne korzenie obecnych elit politycznych Turcji wpływają jednak na jej decyzje w jeszcze jeden, alarmujący dla krajów zachodnich sposób. Środowisko Partii Dobrobytu, z której wywodzi się czołówka AKP, znane jest ze swoich radykalnie antysemickich poglądów oraz sympatii, jaką darzy ruchy islamistyczne na Bliskim Wschodzie- od egipskiego Bractwa Muzułmańskiego po irańskich stronników Chomeiniego. Perspektywa, z jakiej oceniają wydarzenia w regionie islamistyczne media w Turcji i krajach arabskich z pewnością nie pozostała bez wpływu na obecne sympatie Erdoğana. Perspektywa ta zakłada rywalizację sil muzułmańskich z zachodnim imperializmem i narzuconymi przez niego dyktatorskimi reżimami, potrzebę jedności muzułmańskiej w obliczu ataków ze strony państw spoza regionu oraz wybitnie jednostronną ocenę konfliktu izraelsko-palestyńskiego, sięgającą podważania praw „syjonistycznego państwa” do istnienia.

Bez wątpienia rządzący obecnie Turcją politycy złagodzili swoje poglądy, stawiając na pragmatyzm i uwzględniając opinie ośrodków władzy nie podzielających ich spojrzenia na rzeczywistość bliskowschodnią. Stawiając zwykle na pierwszym miejscu interes narodowy a nie osobiste sympatie, sporadycznie przypominają jednak o swoich ideologicznych korzeniach, sprowadzając na siebie krytykę ze strony Zachodu i opozycyjnych mediów w samej Turcji. Tak było w przypadku serdecznego przyjęcia wizyty sudańskiego prezydenta Baszira i wyraźnie odchodzących od zachodniego konsensusu komentarzy Erdoğana wobec konfliktu w Darfurze. Tak było w czerwcu tego roku, gdy tureccy przywódcy jako jedni z pierwszych pospieszyli z gratulacjami dla zwycięzcy wyborów prezydenckich w Iranie, a powiązane z rządem media przez wiele dni ignorowały odbywające się w Iranie protesty, w najlepszym razie przedstawiając je jako spisek zachodnich agencji wywiadowczych przeciw demokratycznemu wyborowi Irańczyków. Najwyraźniej ideologiczne korzenie Erdoğana dają jednak o sobie znać w jego publicznych wystapieniach dotyczących izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Chociaż spoleczeństwo i elity tureckie niemal uniwersalnie sympatyzują ze stroną palestyńską, to niezwykle emocjonalne i agresywne tyrady przeciw polityce Izraela nawet w Turcji spotykają się z zaklopotaniem i niedowierzaniem komentatorów.

Można jednak zastanowić się, na ile wystąpienia Erdoğana wynikają z jego poglądów, które w innych sprawach przed opinią publiczną potrafi przecież maskować, a na ile z przemyślanej strategii budowania swojego wizerunku zarówno w samej Turcji, jak i w świecie arabskim. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Tayyip jest politykiem niezwykle narcystycznym, nie znoszącym krytyki, uwielbiającym za to pochlebstwa ze strony przyjaznych mu mediów. Erdoğan uwielbia pozować na lidera zwykłych ludzi, przywódcę konserwatywnych mas, w rewolucyjny sposób prowadzący Turcję do demokratycznych przemian i zrzucenia autorytarnych więzów nietolerancyjnego kemalizmu. Retoryka antyizraelska ma pomóc budować wizerunek bezkompromisowego męża stanu, który w obronie narodowej godności (Davos) jest w stanie stawić czoło najpotężniejszemu w regionie (i przy okazji nielubianemu w Turcji) krajowi. Tym bardziej cieszy Erdoğana sympatia, jaką darzy go arabska ulica. Od czasów Imperium Osmańskiego nie widziano Turka w roli idola bliskowschodnich mas i można spodziewać się, że Tayyip zapragnie wzmocnić swoją międzynarodową pozycję i postawić się w roli popularnego przywódcy regionu. Nadaje się bowiem do niej lepiej, niż szyita Ahmadinedżad czy mało medialny saudyjski monarcha.

Chociaż ideologiczne korzenie AKP w znacznym stopniu wplynęly na kierunek, w jakim zmierza bliskowschodnia polityka Turcji, to jedynie sporadycznie podejmowane przez rząd decyzje odchodzą od ponadpartyjnego konsensusu i spotykają się z krytyką ze strony tradycyjnego establishmentu laickiego. Wbrew opiniom zachodnich komentatorów, szeroka integracja z Syrią czy Iranem oceniana jest powszechnie pozytywnie, niezwykle rzadko spotkac się można z wypowiedziami usprawiedliwiającymi ewentualną akcję militarną wobec Iranu czy izraelską politykę wobec terytoriów palestyńskich. Gdy kilka dni temu w telewizyjnym programie publicystycznym 32.Gün o opinie na temat polityki zagranicznej rządu AKP zapytano sześciu byłych szefów tureckiej dyplomacji z ostatnich 30 lat, ekipie Erdoğana wystawiono bardzo pochlebne oceny. Krytyce jego agresywnej retoryki poświęcono niewiele czasu uważając ją za problem zdecydowanie drugorzędny.

Nie należy więc po ewentualnej zmianie ekipy rządzącej w Ankarze oczekiwać zbyt wiele. Być może nacjonalistyczna koalicja w mniejszym stopniu czułaby się emocjonalnie związana ze sprawą palestyńską czy światem arabskim i zaakceptowałaby prawo wojska do samodzielnego wyboru partnerów w manewrach wojskowych, poprawiając w ten sposób relacje z Izraelem. Zasadniczo jednak więzy z Iranem, Irakiem i Syrią pozostałyby nienaruszone i uwzględnić to muszą w swoich kalkulacjach izraelscy czy amerykańscy stratedzy. Powrotu do złotej ery współpracy z lat 90-tych bez radykalnej zmiany ukladu sil w regionie w żadnym wypadku nie będzie.

niedziela, 18 października 2009
Weekendowe oglądanie

Spodziewałem się zabawnej opowieści o barwnym życiu stambulskich transwestytów i funkcjonowaniu miejskiego „podziemia” w nocnych zaułkach okolic Taksimu. Po cichu liczyłem na turecką wersję Almodovara, do przełknięcia w każdej szerokości geograficznej. Dostałem przygnębiający obraz wykluczenia społecznego, zupełnej samotności i zmagań z własną fizycznością, opowiedziany w zadziwiająco wolnym tempie, do tego z irytująco archaiczną muzyką późnych lat 80-tych. I to wszystko w pochmurne, niedzielne przedpołudnie. Nawet resztka rakı z wczoraj w oglądaniu nie pomogła ;)

Dönersen ıslık çal (Whistle if you come back), reż. Orhan Oğuz, Turcja 1992

Tym razem nie zawiodlo mnie kino izraelskie. “Spacer po wodzie” zaczyna się sceną likwidacji terrorysty z Hamasu na przystani promowej w stambulskim Üsküdar. Wiadomo- wątku tureckiego nigdy nie może u mnie zabraknąć ;)

Zderzenie charakterów: żydowskiego macho- agenta Mossadu i zachodnioeuropejskiego “mięczaka” odwiedzającego siostrę-idealistkę izolującą się od życia w prowincjonalnym kibucu. Film porusza sporo wątków- mamy tutaj polowanie na wymierających i ukrywających się przez lata nazistowskich katów, niemieckie rozliczenia z dziedzictwem wojny, konflikt z izraelskimi Arabami. Z bardziej życiowych- relacje geja z homofobicznym “twardym samcem” i walkę o pogodzenie się z samobójczą śmiercią partnerki. Nadmiaru wątków nie da się jednak odczuć, film ogląda się dobrze i gdyby nie ostatnie 10 minut wreszcie zadowolony móglbym polecić ciekawy i lekki film z Bliskiego Wschodu, do obejrzenia dla każdego. Niestety, naiwna końcówka pasuje do reszty jak pięść do nosa. Poszukiwania dobrego thrillera z regionu trwają nadal.

Walk on Water (Lalekhet Al HaMayim), reż. Eytan Fox, Izrael- Niemcy 2004.

sobota, 17 października 2009
I po spektaklu. Co dalej z armeńskimi protokołami?

Od podpisania protokółów armeńsko- tureckich minął już tydzień i nic nie wskazuje na to, by jakiś nagły zwrot wydarzeń miał zakończyć obserwowane od roku ocieplenie relacji między dwoma rywalami. Tureckie „głębokie państwo” tym razem nie dało o sobie znać chociaż trzy dni temu okazję do tego miało znakomitą.

Środowy mecz Armenii i Turcji na stadionie w nacjonalistycznej, konserwatywnej Bursie łatwo mógł zostać wykorzystany do wykolejenia lub choćby spowolnienia procesu normalizacji. Kto pamięta stambulski mecz Turków ze Szwajcarami z 2005 roku wie, jak żywiołowo reagować mogą tureccy fanatyczni kibice, piłkarze czy nawet służby zabezpieczające stadion, na zawodników i kibiców strony przeciwnej. Zaledwie kilka tygodni temu Bursa zasłynęła rozruchami, do których doszło w trakcie meczu z powszechnie znienawidzoną w zachodniej Turcji kurdyjską drużyną Diyarbakırspor. Powód? Jej kibice nie wstali w czasie odgrywania tureckiego hymnu narodowego tuz przed rozpoczęciem spotkania...

Równie agresywnej postawy kibiców oczekiwałem i tym razem. Nie często bowiem zdarza się, by tureccy pseudokibice mieli okazję zamanifestować swój szowinizm również drużynie ormiańskiej. Przebieg meczu wydawał się niepewny również z innego powodu- znając praktykę funkcjonowania „głębokiego państwa” można było spodziewać się infiltracji środowisk miejscowych i przyjezdnych kibiców przez członków radykalnych organizacji nacjonalistycznych powiązanych czy to ze służbami specjalnymi, czy też z policją i żandarmerią wojskową. Łatwo można było sobie wyobrazić prowokacje, jakich dopuścić się mogły takie osoby- od wywołania zamieszek na stadionie i wokół niego, po ataki na armeńskich działaczy, dziennikarzy i nielicznych zgromadzonych na stadionie kibiców. Równolegle ataki na cele ormiańskie w Stambule mogłyby skutecznie pogorszyć pozytywną atmosferę ostatnich miesięcy i na dobre wykoleić proces normalizacji, na którym tak zależy obecnemu establishmentowi politycznemu.

Nic takiego jednak nie miało miejsca. Nadzwyczajne środki ostrożności uniemożliwiły zwykłym fanom wstęp na stadion, ograniczając dystrybucję biletów do starannie dobranych grup miejscowych kibiców oraz funkcjonariuszy policji i innych służb porządkowych „po godzinach” i w cywilu. Na wniosek FIFA bezwzględnie egzekwowano zakaz wnoszenia na obiekt flag azerbejdżańskich i wszelkich wzbudzających podejrzenia przedmiotów. Przygotowana oprawa meczu obejmowała symboliczne gesty pojednania, jak wypuszczenie przez kibiców białych gołębi– znaku pokoju czy przygotowanie (przez bardzo aktywnych przedstawicieli organizacji pozarządowych ze Stambułu) transparentów w językach: ormiańskim i tureckim, witających i pozdrawiających kibiców ormiańskich w „kraju Hranta [Dinka]”. Nie obyło się oczywiście bez wygwizdania hymnu Armenii czy obrzucenia kamieniami autokaru z armeńskimi dziennikarzami, jednak generalna- nieco wyreżyserowana- atmosfera meczu pozwoliła podtrzymać ducha pojednania oraz zapobiec kompromitacji organizatorów i władz państwowych w chwili, gdy oczy polityków i działaczy z całej Europy zwrócone były na kameralny obiekt w prowincjonalnej Bursie.

Spektakl zakończył się więc sukcesem i politycy w Ankarze i Erewaniu przystąpić mogą do procesu ratyfikacji podpisanych przed tygodniem protokółów. Teoretycznie proces ten powinien przebiegać bez większych problemów. Armeńscy Republikanie dysponują większością głosów potrzebnych do przepchnięcia dokumentów w parlamencie pomimo otwartego sprzeciwu przedstawicieli diaspory oraz partii opozycyjnych. Można sobie wprawdzie wyobrazić „niekonwencjonalne” przeciwstawienie się ratyfikacji w postaci zamachu stanu czy ataków na wpływowych polityków (wystarczy przypomnieć burzliwą końcówkę lat 90-tych), lecz nie wydaje się by sprawa otwarcia granicy z Turcją była przez przeciwne temu środowiska oceniania za na tyle groźna dla narodowych interesów, by usprawiedliwiała sięgnięcie po tak radykalne środki. Jedynie odważne kroki w rozmowach w sprawie Karabachu mogłyby wprowadzić Erewań w stan wrzenia.

Ocenia się, że parlamentarzyści armeńscy czekać będą z ratyfikacją na konkretne kroki strony tureckiej. Protokoły mają wprawdzie trafić pod obrady ankarskiego Zgromadzenia Narodowego już w przyszłym tygodniu, jednak jego decyzja nie wydaje się ani szybka, ani oczywista. Od wielu miesięcy premier Erdoğan uparcie powtarza, że nie zgodzi się na otwarcie granicy z Armenią bez poczynienia przez druga stronę konkretnych gestów dobrej woli wobec Azerbejdżanu. Podobnie wypowiadali się wpływowi przedstawiciele tureckich partii politycznych już po podpisaniu protokołów, w trakcie spotkania z parlamentarzystami azerbejdżańskimi na początku tego tygodnia. I chociaż przełomu w negocjacjach w sprawie statusu Karabachu nie można wykluczyć, wydaje się on w najbliższym czasie bardzo mało prawdopodobny.

Czy turecki rząd może, wbrew wielomiesięcznym zapewnieniom premiera, przepchnąć ratyfikację bez zmiany status quo na Kaukazie? Erdoğan już nie raz udowadnial, że nie obawia się dokonywania ryzykownych decyzji, których nie odważylby się podjąć żaden inny, związany z tradycyjnym świeckim establishmentem, turecki gabinet. Tak może być i tym razem- choćby w kwietniu, gdy obawa przed kolejnym przemówieniem amerykańskiego prezydenta upamiętniającym maskary Ormian w 1915 roku sklonilaby parlamentarzystów do zignorowania obaw Azerbejdżanu i szybkim przeglosowaniem ratyfikacji w typowym tureckim stylu (czyli “w ostatniej chwili”). Wiele zależy od tego, jakich konkretnych kroków odwetowych ze strony Baku obawiają się Turcy.

Podpisanie w środę umowy między Gazpromem a spólką SOCAR na dostawy azerbejdżańskiego gazu do Rosji z pewnością nie było dzielem przypadku. Umowa zaklada wprawdzie eksport zaledwie 0.5mld m3 gazu rocznie, lecz umożliwia wzrost dostaw w przyszlości zgodnie z możliwościami eksportowymi Azerbejdżanu oraz oferuje Baku cenę wyższą, niż ten dostaje od tureckiego odbiorcy- firmy BOTAŞ. Znaczące podwyższenie cen gazu lub wstrzymanie jego eksportu do Turcji, administracyjne utrudnienia dla aktywnych w Azerbejdżanie tureckich firm z branży energetycznej (i nie tylko), preferencyjne traktowanie przedsiębiorstw rosyjskich czy irańskich, wreszcie nawiązanie stałej „gazowej” współpracy z Moskwą i rezygnacja z udziału w i tak opóźniającym się projekcie gazociągu Nabucco należą do kroków, które władze Azerbejdżanu mogą poważnie rozważać również w bezpośrednich rozmowach z tureckimi partnerami.

Teorii tłumaczących obecną politykę Turcji można znaleźć bez liku. Moja autorska- przyznaje, że bardzo mało prawdopodobna- zakłada medialną politykę pojednania z Armenią i budowy napięcia w relacjach z Izraelem w celu odwrócenia uwagi od toczących się za zamkniętymi drzwiami negocjacji w sprawie zjednoczenia Cypru. Niespodziewane przedstawienie na początku przyszłego roku gotowego porozumienia z cypryjskimi Grekami nie dałoby szansy na zorganizowanie skutecznej opozycji wobec dokumentu oraz błyskawicznie – w przypadku zaakceptowania go przez mieszkańców wyspy- załatwienie najbardziej palącego problemu, z którym Ankara boryka się w swoim bezpośrednim sąsiedztwie od lat. Problemu o wiele bardziej istotnego, niż zamknięta granica z niewielką i ubogą Armenią.

Zdjęcie: Zaman

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9