Kategorie: Wszystkie | Bliski Wschód | Cypr | Historia | Kultura | Turcja
RSS
czwartek, 17 marca 2011
Mój nowy blog:

http://kallinikos.salon24.pl/


11:43, slavo84
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 listopada 2009
Win bi xer hatin e welate xwe Kurdistan

Kolejne tabu zostało złamane- nie czekając na rozwój wydarzeń w Ankarze, zdominowane przez kurdyjską partię DTP władze miejskie Diyarbakiru postawiły pierwsze w Turcji tablice kierunkowe w języku kurdyjskim. Nie wiadomo jak długo postoją- prawdopodobnie są w świetle prawa nielegalne (min. zawierają nieobecne w tureckim alfabecie znaki: q, w i x).

Dosyć spokojna reakcja opinii publicznej może jednak oznaczać, że społeczeństwo w “separatystycznych znakach” nie widzi już zagrożenia i prędzej czy później pogodzi się z ich obecnością tak, jak pogodziło się z zalegalizowaniem języków mniejszości etnicznych w mediach elektronicznych. Republika skończyła niedawno 86 lat, chyba już czas najwyższy na mały lifting.

czwartek, 26 listopada 2009
Gore, Obama... Erdoğan?

Konserwatywny dziennik Zaman zachwyca się dzisiaj słowami Thorbjørna Jaglanda- Sekretarza Generalnego Rady Europy i szefa Norweskiego Komitetu Noblowskiego. Norweg chwali w nich Erdoğana, doceniając jego zaangażowanie w bliskowschodni proces pokojowy, pojednanie z Armenią i mniejszością kurdyjską. Według dziennika- trudno powiedzieć na ile jego wypowiedź została zmanipulowana- zasugerował też, że turecki premier byłby dobrym kandydatem do przyszłorocznej Pokojowej Nagrody Nobla...

Mam nadzieję, że nikt w Oslo Erdoğana na poważnie nie bierze pod uwagę. Jeśli przyznanie nagrody Obamie było błędem, to Nobel dla Erdoğana byłby po prostu zbrodnią – dla tureckiego laicyzmu zaś ciosem nieporównywalnie poważniejszym, niż wszystkie nierozważne decyzje Unii Europejskiej razem wzięte.

poniedziałek, 16 listopada 2009
Dramat w dwóch odsłonach- walka o tureckie media.

Chociaż już od kilku lat krytykuje się Turcję za spowolnienie niezbędnych reform wewnętrznych, wciąż niewielu zauważa przemianę rządzącej partii AKP z siły demokratycznej i liberalnej w ugrupowanie, które w celu wzmocnienia swojej pozycji wykorzystuje niskie standardy nieliberalnej tureckiej demokracji. Wiele z kroków podejmowanych przez rząd w ciągu ostatnich dwóch lat wzbudza spore kontrowersje- obok niejasnej sprawy Ergenekon, coraz głośniej jest o tureckim sektorze medialnym, którego niezależność w obliczu decyzji rządowych agencji wydaje się być w coraz większym stopniu zagrożona.

Bliskie związki świata polityki i biznesu nie są domeną wyłącznie turecką- na całym świecie wpływowi przedsiębiorcy szukają cennych znajomości wśród rządzących, chcąc zapewnić sobie ich przychylność przy podejmowaniu kluczowych dla swoich interesów decyzji. Nie inaczej jest w Turcji, gdzie o tradycja towarzyskich więzi łączących elity polityczne i ekonomiczne sięga początków okresu republikańskiego. Gdy na gruzach Imperium Osmańskiego nacjonalistyczne władze zapragnęły ograniczyć pozycję dominujących w tureckim handlu przedstawicieli mniejszości niemuzułmańskich, niemal od podstaw stworzyły narodową burżuazję- w pełni uzależnioną od władz, związaną z nimi poczuciem nie tylko wspólnych interesów, ale też laickiej ideologii. Chociaż kolejne fale liberalizacji tureckiej gospodarki przyniosły silnie związanej z państwem burżuazji nowych konkurentów, jej dominująca pozycja zachowana została do końca lat 90-tych.

W niczym od pozostałych sektorów gospodarki nie różniły się tureckie media. Kontrolowane przez najpotężniejszych przedsiębiorców tytuły prasowe miały w zwyczaju zmieniać swoją linię redakcyjną w zależności od relacji łączących właścicieli z czołowymi siłami politycznymi w kraju - tym bardziej, że spółki medialne stanowiły zazwyczaj tylko niewielką część wielkich rodzinnych holdingów, operujących w przeróżnych sektorach- od paliwowego po tekstylny. W momencie rywalizacji o państwowe przetargi troska o niezależność dziennikarską zwykle schodziła na dalszy plan...

Gdy w 2002 roku do władzy doszła nowa, niezwiązana z miejską burżuazją siła polityczna, tradycyjne media zachowywały wobec niej postawę dość przychylną. Nie jest łatwo ocenić, na ile wynikało to z chęci nawiązania przez właścicieli bliskich relacji z nową ekipą, a na ile z autentycznego poparcia redakcji dla liberalnych reform, których dokonywała AKP w czasie swojej pierwszej kadencji. Faktem jest, że pomimo rosnącej w silę pozycji tytułów konserwatywnych, często powiązanych z religijnym ruchem Gülena, media tradycyjne zdołały utrzymać dominującą pozycję na rynku i w momencie narastającego napięcia przed wyborami prezydenckimi w 2007 roku, przystąpić do otwartej krytyki rządu. Jak się miało wkrótce okazać, zwycięstwo wyborcze AKP i odsunięcie z Pałacu Prezydenckiego „laickiego hamulcowego” stanowić miały punkt zwrotny w relacjach rządu z tradycyjnymi mediami.

Okazja do pierwszej ingerencji na rynku medialnym pojawiła się niemal natychmiast po letnim zwycięstwie Erdoğana. Jeszcze przed wyborami, wiosną 2007 roku, w zaskakujących okolicznościach na światło dzienne wyszły poważne nieprawidłowości przy sprzedaży (dwa lata wcześniej) kontrolującej 20% tureckiego rynku reklamowego, drugiej co do wielkości grupy medialnej w kraju: ATV-Sabah. Poprzedni, po uszy zadłużeni współwłaściciele czołowej stacji telewizyjnej ATV i największego dziennika Sabah nielegalnie zataili przed organami kontrolnymi tajne protokoły dotyczące podziału udziałów w spółce, w rezultacie tracąc je na rzecz TMSF – rządowego funduszu ubezpieczającego depozyty. O ile samo przejęcie grupy medialnej nie wzbudziło w tym gorącym okresie większych kontrowersji, o tyle jej sprzedaż kilka miesięcy później sprowadziła na rząd falę krytyki.

Przepisy prawne ograniczające do 25% maksymalną wysokość udziałów zagranicznych inwestorów w spółkach medialnych sprawiły, że główny ciężar sfinansowania transakcji spaść musiał na przedsiębiorców tureckich. Potencjalnych oferentów odstraszyła wysoka minimalna cena - 1.1mld$ i w grudniu 2007 roku na polu walki pozostała tylko jedna firma. Blisko związana z rządzącą AKP, należąca do nowej anatolijskiej burżuazji Çalık Grup zasłynęła dotąd bliskimi związkami z turkmeńskim dyktatorem Turkmenbaszą oraz mianowaniem na stanowisko dyrektora generalnego zaledwie 26-letniego Berata Albayraka -prywatnie... zięcia premiera Erdoğana. Pomimo, że TMSF w przeszłości nie decydował się finalizować sprzedaży w sytuacji zgłoszenia się zaledwie jednego oferenta, tym razem od tej praktyki odstąpił.

Następne miesiące przynieść miały narastające wątpliwości co do zdolności oferenta wywiązania się z zawartej z TMSF umowy. Gdy w kwietniu 2008 roku, zaledwie 3 dni przed upłynięciem ostatecznego terminu, Çalık Grup sfinalizował wartą 1.1mld$ umowę okazało się, że sfinansował ją dzięki 750mln$ kredytu uzyskanego w dwóch państwowych bankach- Halkbanku i Vakıfbanku. Krytycy od razu zwrócili uwagę na fakt, że dotąd w historii tych instytucji nigdy nie przyznano tak wysokich kredytów uznając, że były one wyłącznie efektem presji ze strony rządu a nie opartej na rachunku ekonomicznym racjonalnej decyzji. Wątpliwości wokół transakcji w jeszcze większym stopniu dotyczyły drugiego źródła, dzięki któremu Çalık Grup sfinansowała transakcję- nieznanej początkowo katarskiej Al Wasaeel International Media Company, która okazała się być spółką zależną rządowej (i znanej nam z afery stoczniowej) Qatar Investment Authority. Opozycja oskarżyła więc Erdoğana o wspieranie koncernu zięcia w jego poszukiwaniach partnerów zagranicznych w czasie swoich licznych wizyt nad Zatoką Perską.

Jak często w tureckiej polityce, brak konkretów umożliwiających rozwiązanie sporu na drodze sądowej nie przeszkadza odczuwać, że nie wszystko przy sprzedaży grupy ATV-Sabah przebiegało prawidłowo. Powiązania towarzyskie i rodzinne, udzielone w ostatniej chwili kredyty i zaangażowanie instytucji kierowanej przez katarskiego premiera pozostawić mogłyby jedynie niesmak. Stało się jednak inaczej- grupę ATV-Sabah, wedlug tureckiej tradycji, potraktowano jak przysłowiowy polityczny lup- usuwając najbardziej krytycznych wobec rządu publicystów i zmieniając w ten sposób linię redakcyjną na prawicową- umiarkowanie prorządową.

Po zneutralizowaniu ATV-Sabah, do konfrontacji z rządem stanął największy potentat na tureckim rynku medialnym, Aydın Doğan. Ten kontrolujący 40% tureckiego rynku reklamowego właściciel popularnych kanałów telewizyjnych (Kanal D, CNNTürk), 2 z 3 najbardziej poczytnych gazet (Hürriyet , Posta) oraz szeregu mniej popularnych lecz niezwykle prestiżowych tytułów (Milliyet, Radikal, Referans) do grona otwartych krytyków AKP dołączył stosunkowo późno, bo dopiero w gorącym 2007 roku. W przeszłości flirtujący z różnymi ekipami rządzącymi, oskarżany o traktowanie ewentualnego odsunięcia od obowiązków swoich najbardziej krytycznych dziennikarzy jako karty przetargowej w negocjacjach z politykami oligarcha nie najlepiej nadaje się do roli obrońcy wolności słowa i niezależności rynku medialnego od nacisków politycznych. Okoliczności sprawiły jednak, że w takiej roli się znalazł- coraz bardziej odsunięty od wewnętrznego kręgu biznesmenów zaprzyjaźnionych z rządem, zdecydował się odważnie zaatakować politykę rządu. Przeliczył się - zaledwie dwa lata po zmianie frontu jego medialne imperium znajduje się o krok od całkowitego upadku.

Napięcie na linii Doğan- Erdoğan, choć sięga wyborów w 2007 roku, nasiliło się latem i jesienią 2008 roku, gdy media kontrolowane przez oligarchę najpierw wydawały się popierać zamknięcie AKP przez Trybunał Konstytucyjny, a następnie jako pierwsze w Turcji opisały aferę korupcyjną powiązanej z rządzącą partią fundacji Deniz Feneri, oskarżonej w Niemczech o zdefraudowanie 18mln euro. W odpowiedzi na te publikacje Erdoğan w niewybredny sposób zaatakował opozycyjne media, nawołując swoich wyborców do ich bojkotowania, porównując Doğana do Ala Capone, czy grożąc – we wrześniu 2008 roku- jego przedsiębiorstwom, że “ci, którzy rzucają korupcyjnym błotem w AKP, w tym błocie sami utoną”. Agresywne wystąpienia premiera spotkały się z ostrożną krytyką nawet ze strony niektórych sympatyzujących z nim dziennikarzy. Jak się wkrótce miało okazać, w podporządkowanym Ministerstwu Finansów urzędzie skarbowym trwało już dochodzenie w sprawie nieprawidłowości, których Doğan Holding miał dopuścić się w okresie 2005-2007.

Pierwszą karę urząd skarbowy nałożył 17 lutego 2008r., uznając holding winnym naruszenia przepisów ograniczających do 25% udziały zagranicznych inwestorów w tureckich spółkach medialnych. Sprawa dotyczy zawartej w 2006 roku umowy z koncernem Axel Springer, który uzyskać miał 25% udziałów w Doğan Yayın. Zdaniem Ministerstwa Finansów i regulatora rynku elektronicznego RTÜK, w rzeczywistości udziały zagranicznego partnera wyniosły 32.5%, złamano też szereg innych przepisów ograniczających prawa zagranicznych inwestorów do udziałów w stacjach telewizyjnych i radiowych. Pierwsza, nałożona w lutym kara wyniosła 490mln$. Wysokość tej sumy, mało przejrzyste jej wytłumaczenie i okoliczności, w których podjęto decyzję o jej nałożeniu sprawiały wrażenie, że wbrew zapewnieniom premiera, sprawa w znacznym stopniu miała charakter odwetu na przeciwniku politycznym a nie rutynowej kontroli skarbowej, jak twierdził Erodğan.

Pierwsza kara okazała się dopiero początkiem problemów oligarchy. Intensywna kontrola finansów holdingu we wrześniu przyniosła dwie decyzje bez precedensu w historii tureckiej władzy skarbowej –karę w wysokości 2.5mld$, podwyższoną dwa tygodnie później do 3.3mld$, sumy wyższej niż wartość rynkowa całego należącego do oligarchy holdingu (która w ciągu ostatniego roku i tak już spadla o 1mld$). Znowu niezwykle skomplikowane uzasadnienie kary, co do którego oceny trwają spory wśród specjalistów od tureckiego prawa podatkowego, nie pozwala laikom na obiektywną ocenę samego faktu jej nałożenia. Jej wysokość jednak- najwyższa w historii Turcji- i skutek, jaki prawdopodobnie przyniesie- bankructwo firmy i przejęcie jej przez państwowy fundusz TMSF, przynoszą na myśl wydarzenia wokół grupy ATV-Sabah. Niektórym, choćby wielu opozycyjnym dziennikarzom, praktyki stosowane w putinowskiej Rosji.

Wrześniowe decyzje władzy skarbowej wprowadziły w popłoch turecką elitę biznesu. Szefowa TÜSİAD, największego zrzeszenia przedsiębiorców zaapelowała o konieczną reformę kontroli skarbowej i wzmocnienie jej niezależności od nacisków politycznych. Rząd jej krytykę uznał za nieobiektywną- Arzuhan Yalçındağ to bowiem (jaki ten świat jest mały) córka zagrożonego bankructwem krezusa i żona dyrektora generalnego jego holdingu. Oskarżenia o zbyt ścisłe podporządkowanie aparatu skarbowego rządowi pojawiały się już jednak od dawna i pochodziły nie tylko z kręgu rozgoryczonych, bo odsuniętych od rządowych zamówień starych elit biznesu. Opinie takie pojawiały się także wśród zagranicznych inwestorów oraz międzynarodowych instytucji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym na czele. Jeśli dodamy do tego powtarzające się oskarżenia TMSF o uleganie presji ze strony polityków przy zajmowaniu niewypłacalnych przedsiębiorstw oraz zależność wymiaru sprawiedliwości od nacisków zewnętrznych, ukaże nam się obraz kraju, w którym politycy dysponują narzędziami umożliwiającymi decydowanie o przetrwaniu lub upadku prywatnych przedsiębiorstw a to, czy z nich skorzystają zależy jedynie od ich dobrej woli. Wydaje się, że po wyborach w 2007 roku tej dobrej woli powoli zaczynać brakować...

Dalszy przebieg afery wokół finansów Doğana jest kluczowy nie tylko dla przyszłości tureckiej gospodarki, lecz przede wszystkim wolnych od nacisków politycznych mediów. Trzeba przyznać, że rządy AKP przyniosły, pomimo werbalnych ataków premiera na opozycyjnych dziennikarzy i wciąż obowiązujących przepisów ograniczających wolność słowa, okres najbardziej swobodnej dyskusji publicznej w nowoczesnej historii kraju. Prawdopodobnie nigdy dotąd nie toczyły się w mediach nieskrępowane debaty poruszające tematy tabu- jak masakry na Ormianach, dyskryminację mniejszości kurdyjskiej, autorytarny charakter kemalizmu czy rolę wojska w systemie politycznym. Lektura prasy powiązanej z rządem (w tym anglojęzycznego Today’s Zaman) udowadnia jednak, że stare tabu zastępowane jest przez tabu nowe. Media prawicowe koncentrując się na zwalczaniu wpływów wojska i “głębokiego państwa” zupełnie ignorują autorytarne tendencje obecnej ekipy, unikają obiektywnej oceny argumentów strony przeciwnej, ograniczając się do prezentowania poglądów obecnej władzy w sposób przypominający reżimowe media okresu “demokracji socjalistycznej”.

Nauczka wyniesiona ze sprzedaży grupy ATV-Sabah sprawia, że nie bezzasadne wydają się obawy o celowe doprowadzenie do bankructwa koncernu Doğana tak, by należące do niego media dostały się w ręce powiązanych z AKP przedsiębiorców. Pomimo powtarzających się zapewnień, rząd nie przedstawił dotąd reformy przepisów podwyższającej do 50% maksymalne udziały w spółkach medialnych dostępne dla inwestorów zagranicznych. Zawęża do niesłychanie liczbę potencjalnych oferentów z których część – zwłaszcza tych należących do tradycyjnej elity biznesu- zrezygnuje słusznie uważając, że angażowanie się w rynek medialny może nie tylko zaszkodzić ich pozostałym interesom, ale wręcz doprowadzić je do bankructwa tak, jak medialna część holdingu Doğana pociągnęła za sobą na dno również jego dochodowe paliwowe spółki.

Negocjacje Doğana z Ministerstwem Finansów mogą jeszcze przynieść ugodę- jak spekulują media- za cenę rezygnacji z części należących do niego tytułów (podobno może zachować tylko dziennik Hürriyet) i/lub odsunięcia od obowiązków najbardziej niechętnych rządowi dziennikarzy. W każdym wypadku tocząca się od dwóch lat batalia o tureckie media przypomina bardziej standardy panujące w Rosji, niż europejskich liberalnych demokracjach. Wbrew panującym na Zachodzie stereotypom udowadnia, że zagrożeniem dla wolności słowa przestają być osłabione w ostatnim czasie autorytarne elity laickie, a zaczyna siła uważane dotąd za reformistyczną – ekipa premiera Erdoğana. Najwyższy więc czas, by europejskie elity nieco bardziej krytycznie spojrzały na swojego negocjacyjnego partnera.

środa, 21 października 2009
Wielki powrót- Turcja na Bliskim Wschodzie I

Wydarzenia ostatnich dni- medialny konflikt z Izraelem oraz międzyrządowe konferencje z Syrią i Irakiem- ponownie zwróciły uwagę na zauważalną od kilku lat radykalną zmianę bliskowschodniej polityki Turcji. Konserwatywny rząd Tayyipa Erdoğana z każdą kolejną decyzją lamie obowiązujące od dziesięcioleci tabu, z różnych powodów nienaruszone przez poprzednie tureckie gabinety.

Po kilkudziesięciu latach przerwy, spowodowanej przemianami wewnętrznymi, wymogami Zimnej Wojny i rebelią kurdyjską, Ankara dysponuje wreszcie możliwością prowadzenia niezależnej i aktywnej polityki bliskowschodniej bez konieczności ciągłego dostosowywania jej do oczekiwań potężnego protektora zza oceanu. Dysponuje również elitami politycznymi, które Bliski Wschód traktują priorytetowo i nie obawiają się szerszego zaangażowania w regionalne konflikty widząc w nich okazję do wzmocnienia swojej międzynarodowej pozycji. Wbrew opiniom wyrażanym w prawicowych kręgach Izraela czy USA, w większym stopniu wynika to z naturalnego dostosowania się do zmian zachodzących w sąsiedztwie Turcji, niż ideologicznych wyborów konserwatywnych przywódców tego kraju.

Okres zupełnej nieobecności Turcji na Bliskim Wschodzie przypada na lata rządów jednopartyjnych, gdy elita kemalistowska skoncentrowała niemal całą swoją uwagę na przemianach wewnętrznych, prowadząc izolacjonistyczną politykę zagraniczną chroniącą słabą turecką państwowość przed ponownym zaangażowaniem się w międzynarodowe konflikty. W okresie tym nie opracowano założeń polityki bliskowschodniej, skądinąd słusznie zakładając, że wszelkie decyzje dotyczące regionu i tak zapadają w Londynie i Paryżu. Mocarstwa europejskie kontrolowały bowiem- bezpośrednio lub pośrednio- sytuację we wszystkich krajach regionu. Uwaga Turcji skoncentrowała się jedynie na ostatecznym uregulowaniu południowej i wschodniej granicy, co nastąpiło już po śmierci Atatürka, w 1939 roku.

Druga polowa lat 40-tych przyniosła pierwsze poważne zmiany. Wymuszona przez Amerykanów demokratyzacja dopuściła do władzy siły konserwatywne, bardziej skłonne do ponownego zaangażowania się w sprawy od lat zaniedbywanego przez kemalistów regionu. Powstanie niezależnych od Zachodu państw arabskich wymusiło z kolei nawiązanie relacji z ich elitami politycznymi, które odtąd samodzielnie podejmowały decyzje mające wpływ na bezpośrednie sąsiedztwo Turcji. Realia Zimnej Wojny zmusiły jednak Ankarę do wyraźnego podporządkowania jej polityki bliskowschodniej rywalizacji z blokiem wschodnim, skłaniając Turcję do przyjęcia na siebie roli jednego z głównych amerykańskich sojuszników w regionie. To presja ze strony Waszyngtonu i obawa przed wzmocnieniem wpływów radzieckich skłoniły Turcję do takich kroków jak uznanie Izraela, wsparcie amerykańskiej operacji w Libanie czy zawiązanie Paktu Bagdadzkiego i CENTO. Chociaż już od lat 60-tych (konflikt cypryjski) drogi Ankary i Waszyngtonu zaczęły się rozchodzić, to możliwość wyraźnego zaakcentowania swojego odrębnego stanowiska pozostawała ograniczona koniecznością szukania porozumienia z najpotężniejszym NATO-wskim sojusznikiem.

Początek lat 90-tych obok zlikwidowania niebezpieczeństwa radzieckiego przyniósł regularną rebelię kurdyjską i związane z tym zaostrzenie stosunków z niemal wszystkimi sąsiadami Turcji. Rozpad ZSRR z wielu powodów nie doprowadził do nawiązania poprawnych stosunków z Rosją, co skłonić musiało Ankarę do zachowania wzmocnionych więzów z dotychczasowym, amerykańskim sojusznikiem. Wsparcie, jakiego Syria udzielała kurdyjskiej partyzantce PKK oraz pretensje Damaszku wobec tureckiego okręgu Hatay uczyniły z reżimu Assada najważniejszego przeciwnika walczącej o zachowanie jedności kraju elity politycznej i wojskowej Turcji. Seria zamachów na irańskich uchodźców i liberalnych tureckich intelektualistów, za które w powszechnym przekonaniu odpowiadały służby specjalne Iranu, jak również powtarzające się oskarżenia o finansowanie przez Teheran kurdyjskiej peszmergi zaogniły relacje ze wschodnim sąsiadem. Jeśli dodamy do tego popsute przez operację Pustynna Burza stosunki z Irakiem, zaostrzający się konflikt o Morze Egejskie z Grecją i nadgraniczną zimną wojnę z Armenią, to w pełni oddamy izolację, w jakiej znalazła się w tym czasie i tak już osłabiona wojną domową Turcja. Naturalnym sojusznikiem dla Ankary, obok Stanów Zjednoczonych, był Izrael tym bardziej, że wraz z rozpoczęciem bliskowschodniego procesu pokojowego udało się poprawić wizerunek państwa żydowskiego w tureckim społeczeństwie i bliska współpraca z Tel Awiwem przestała być dla polityków powodem do wstydu.

Na przełomie dekad w bezpośrednim sąsiedztwie Turcji doszło jednak do zmian na tyle poważnych, że zachowanie układów politycznych z lat 90-tych przestało być możliwe. Zmiany przywódców w Atenach, Moskwie i Teheranie szybko zakończyły utrzymujący się w ich relacjach z Turcją stan nieufności i w ciągu zaledwie kilku lat uczyniły z tych państw poważnych partnerów politycznych, handlowych oraz- co nie mniej ważne- dostawców surowców energetycznych. Radykalna zmiana polityki Damaszku poprzez zaprzestanie wspierania PKK i odstąpienie od pretensji wobec Hatayu usunęły wszelkie powody powstrzymujące Turcję od pełnej normalizacji stosunków z Syrią. Zakończenie poważniejszych walk z kurdyjską partyzantką uwolniło Turcję od ograniczającego jej aktywność zagrożenia dla jedności i stabilności wewnętrznej kraju. Fakt, że partyzantkę zduszono dzięki podjęciu współpracy z Iranem i Syrią wzmocniło w Ankarze przekonanie o potrzebie priorytetowego traktowania relacji z tymi sąsiadami. Wreszcie usunięcie przez Amerykanów reżimu Saddama stworzyło szansę na odbudowę stosunków z Bagdadem i stworzenie wspólnego turecko- arabsko- irańskiego stanowiska wobec niepodległościowych aspiracji irackich Kurdów.

To właśnie te przemiany - zakończenie stanu izolacji na arenie regionalnej i poprawa stanu bezpieczeństwa wewnętrznego, połączone z gospodarczym wzmocnieniem Turcji dzięki rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską, przyczyniły się do relatywnego spadku atrakcyjności bliskiej współpracy z Izraelem i USA. Po raz pierwszy od rozpoczęcia Zimnej Wojny, Turcy nie czują potrzeby bezwzględnego wiązania się ze stanowiskiem amerykańskiego sojusznika, uwalniając swoją politykę bliskowschodnią z narzucanych przez Waszyngton więzów i korzystając z możliwości kształtowania wielokierunkowej i niezależnej polityki zagranicznej. Z punktu widzenia Zachodu zmiana ta nie wydaje się być specjalnie korzystna.

Okazuje się bowiem, że interesy nowej Turcji często są trudne do pogodzenia z interesami jej dotychczasowych sojuszników. Jak już wspomniałem, za najbardziej priorytetowe powszechnie uznaje się w Ankarze nawiązanie współpracy politycznej z „bliską zagranicą”- Syrią, Irakiem i Iranem. Z tą grupą państw łączy Turcję naturalna potrzeba powstrzymywania niepodległościowych aspiracji Kurdów, które dla każdego z tych krajów stanowią poważne zagrożenie dla stabilności wewnętrznej. Drugim, nie mniej istotnym polem współpracy pozostają kwestie energetyczne. Turcji zależy nie tylko na szerszym wykorzystaniu istniejącego na jej terytorium rurociągu Kirkuk- Yumurtalık do eksportu irackiej ropy, lecz także połączeniu tureckiej sieci z gazociągami transportującymi surowiec z Egiptu (przez Syrię), Iraku i Iranu. Uczynienie z Turcji „korytarza energetycznego” należy do najważniejszych przedsięwzięć, dla których poparcie wyrażają zgodnie elity konserwatywne i kemalistowskie Turcji. Wreszcie wzrastające powiązania handlowe, wielokrotnie wyższe niż z pozostałymi krajami regionu, czynią z państw „bliskiej zagranicy” najbardziej pożądanych, naturalnych (a więc niezależnych od wewnętrznych układów politycznych) partnerów Turcji.

Równolegle z wzmacnianiem więzów z Iranem czy Syrią, Turcji zależy na poprawnych stosunkach z konkurencyjnym wobec nich obozem arabskich państw sunnickich. Państwa naftowe znad Zatoki Perskiej uważane są za naturalne i pożądane źródło inwestycji zagranicznych w dobie dramatycznego spadku zainteresowania Turcją ze strony inwestorów zachodnich. Za wielką szansę uważa się nawiązanie współpracy militarnej (ostatnio- umowa z Kuwejtem), które stałyby się podstawą do wzmocnienia relacji politycznych i bardziej wyraźnego zaznaczenia interesów Turcji w regionie Zatoki Perskiej. Chociaż nie rozważa się obecnie możliwości choćby symbolicznej obecności tureckiej armii w regionie, to ewentualność taka jest z pewnością przez wojskowych i polityków w dłuższej perspektywie brana pod uwagę. Co najważniejsze jednak- relacje z „blokiem sunnickim” mają pomóc ograniczyć nadmierny wzrost wpływów irańskich, ustawiając z czasem Turcję w roli konkurencyjnego wobec Teheranu ośrodka regionalnego.

Obawa przed nadmiernym wzmocnieniem Iranu nie oznacza jednak, że Turcja widzi pole do szerszej współpracy z Izraelem czy Stanami Zjednoczonymi w powstrzymywaniu jego programu nuklearnego. Dostrzegając bowiem negatywne skutki zdobycia przez Teheran broni jądrowej, tureckie elity wydają się ze zmianą regionalnego status quo pogodzone i ewentualny atak na irańskie instalacje uznają za zbyt ryzykowny, by mógł zostać uznany za pożądany. Turcja widzi też w nuklearnym Iranie szanse, które w dłuższym okresie mogą jej przynieść wymierne korzyści. Po pierwsze- Ankara z chęcią powita koniec ery izraelskiej dominacji w regionie i początek układu wielobiegunowego, który stworzy Turcji szersze możliwości działania przez umiejętne „balansowanie” między konkurencyjnymi blokami. Po drugie- zdobycie przez Teheran broni jądrowej przyspieszy perspektywę włączenia się Iranu do projektu Nabucco, dzięki czemu jego realizacja nie będzie już pozostawać jedynie w sferze nierealistycznych planów. Po trzecie- dzięki obecności amerykańskiej broni nuklearnej na swoim terytorium, Turcja pozostanie poza zasięgiem izraelskich czy irańskich głowic W tym czasie stopniowo będzie mogła rozwijać cywilne technologie jądrowe i przy zgodzie Waszyngtonu uzyskać dostęp do własnej broni nuklearnej dołączając w ten sposób do klubu regionalnych rozgrywających.

Interesy Turcji i Izraela niekoniecznie pokrywają się również w samym Lewancie. Wzrost znaczenia Syrii i Hezbollahu w Libanie w żadnym stopniu nie godzi w bardzo ograniczone tureckie interesy w tym kraju. Konflikt interesów wyraźnie widać w odniesieniu do terytoriów palestyńskich- Turcji zależy na przyspieszeniu bliskowschodniego procesu pokojowego i stworzeniu niepodległego państwa palestyńskiego. Turcji nie zagraża również Hamas czy inne palestyńskie organizacje ekstremistyczne- kolejny dowód na rozchodzenie się interesów dotychczasowych sojuszników.

Zdaniem większości komentatorów, polityków czy dyplomatów, Turcja nie powinna wiązać się z jedną tylko grupą państw w regionie. O jej sile na Bliskim Wschodzie świadczyć mają bowiem poprawne stosunki z wszystkimi wpływowymi graczami, poszerzające jej pole do działania i zabezpieczające przed odwetowym sięgnięciem przez potencjalnego przeciwnika po kartę kurdyjską, ekonomiczną czy energetyczną. O ile bowiem interesy Turcji naturalnie wiążą ją z „bliską zagranicą” i „osią sunnicką”, to współpraca ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem ma w regionalnych stolicach wzmacniać wizerunek gracza asertywnego i posiadającego wpływowych sojuszników, który w dowolnym momencie może wykorzystać swoje więzy ze światem zachodnim do odpowiedzi na niekorzystne dla niego posunięcia sąsiadów. Trudno przy okazji nie wspomnieć o dostępie do izraelskich technologii wojskowych czy amerykańskiej broni nuklearnej rozmieszczonej w Turcji jako czynnikach wzmacniających pozycję Ankary w oczach świata arabskiego i Iranu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8